podróże

Moje największe przypały i pomyłki podróżnicze

macchu picchu

Pomyłki i wypadeczki

Podróże nauczyły mnie jednego (oprócz nauczki, żeby w Boliwii nie pić kranówy) – nie da się wszystkiego zaplanować ani przewidzieć. Oprócz majtek i szczoteczki do zębów dzisiaj zabieram ze sobą cierpliwość i wyrozumiałość na różne dziwne zdarzenia, śmieszne i mniej śmieszne małe porażki, przygody, które okazują się nieporozumieniami i słodkie marzenia, które rzeczywistość zamienia w koszmary.

Grono osób, gotowych wyruszyć ze mną na wycieczkę, niebezpiecznie się ostatnio kurczy. W tym wpisie opowiadam dlaczego!

Zazwyczaj jeśli gdzieś jadę, to na pewno coś dziwnego się tam wydarzy. Muzea zdarzają się być zamknięte albo spalone, pogoda załamuje się pierwszy raz od kilku wieków, zdarzają się śnieżyce stulecia, powodzie roku, kradzieże telefonów i napady z bronią (opisywanie tych na razie sobie daruję). Raz też przyjaciółka czekała na mnie na Okęciu, a ja na nią… na Modlinie 😀 i tak się szukałyśmy przez dwie godziny na parkingu, bardzo zdziwione. 

Przedstawiam kilka mniej lub bardziej spektakularnych porażek i wpadek podróżniczych:

1. MACHU, KTÓREGO NIE WIDAĆ

Przed wycieczką do Aguas Calientes, z którego zwykle turyści wyruszają na Machu, rozważaliśmy sposób dojazdu do miasteczka. Plan był taki, że dotrzemy busem z Cuzco do Hidroeléctrica i stamtąd zrobimy 2-3 godzinny trekking do Aguas, stamtąd zaś kolejnego dnia ruszymy pieszo na Machu Picchu. Życie miało jednak dla nas inny plan. W Cuzco zajmowaliśmy się głównie głaskaniem puchatych alpak i pogryzły mnie alpakowe pchły. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie alergia, dzięki której kostka spuchła mi do rozmiarów uniemożliwiających chodzenie. Musieliśmy wziąć nie tylko nieprzyzwoicie drogi pociąg, ale jeszcze wjechać na Machu busem, z którego oknami i drzwiami wylewała się masa azjatyckich i amerykańskich turystów. Pogodzeni już jednak z tą małą porażką, cali spoceni i obfotografowani wyjechaliśmy na górę, i zaczęliśmy się zastanawiać, czy na pewno jesteśmy na właściwym Picchu. Widok bowiem prezentował się tak:

Jeśli jest jakiś konkurs, kto wydał najwięcej kasy na atrakcję, której nie zobaczył, to mamy spore szanse na podium.

2. PLAŻA, KTÓRA NIE ISTNIEJE I WYSPA, KTÓRA NIE JEST WYSPĄ

Historia, którą opisałam już w tym wpisie

O Islas del Rosario powiedziała nam spotkana przypadkiem w Medellin kolumbijsko-amerykańska stewardessa. Po obejrzeniu 4 milionów zdjęć w jej telefonie postanowiliśmy, że nie możemy tam NIE jechać. Mieliśmy ogarnąć wyjazd na jedną z wysp już na miejscu, w Kartagenie: po prostu przejść się rankiem do portu, z którego wypływają łódki na wyspy i wytargować najlepszą cenę tam i z powrotem. 

Po drodze zaczepiła nas jakaś stara kobieta i zanim zdążyliśmy zaprotestować, że nie, że my sami, już siedzieliśmy w busie między pijanymi emerytowanymi Amerykankami i jechaliśmy na najpiękniejszą plażę, chicos, najlepsza wyspa! Tanio, okazja, limitowane miejsca, Playa Blanca! Isla Baru!

Po trzech godzinach w autobusie zaczęliśmy kwestionować swoją znajomość geografii. Czy na wyspę jedzie prom? Dlaczego nie widać wody? Po kolejnych dwóch kierowca wysadził nas na plaży w Dźwirzynie w środku sezonu. Kiedy przepchaliśmy się przez kilometr straganów, turystów i autokarów, potykając się przy okazji o własne łzy, błędne oczekiwania i wydane pieniądze, znaleźliśmy się w małym słonecznym piekiełku. Nie tylko nie było gdzie rozłożyć ręcznika, bo linia wody służyła jednocześnie za pasaż handlowy, ale nawet nie można było usiąść, bo sprzedawców było więcej niż zbłąkanych, zrobionych w balona turystów. Jaki z tego morał? Róbcie research.

Tu jednak daliśmy się zrobić jak najgorsi turyści i pomyliłam się ja, a nie świat. To nieporozumienie plażowe nigdy by się nie wydarzyło, gdyby nie potężny kolumbijski kac, jaki towarzyszył nam wszystkim tamtego poranka 🙂 Morał? Nie podejmujcie ważnych plażowych decyzji na kacu 🙂

3. SZKOCKA ŚNIEŻYCA I ZNIKAJĄCY ZAMEK

Kiedy pojechaliśmy zobaczyć przepiękny zamek w Szkocji, ale rozpętała się taka śnieżyca, że na początku nie było go widać nawet z kilku metrów i chcąc podjechać bliżej zakopaliśmy się w śniegu. Szkoci łapali się za głowy i mówili, że w życiu nie widzieli takiej zimy. Bilans wycieczki był krótki: Szkoci zdziwieni, zamek zamknięty na czterdzieści spustów, my zakatarzeni, a samochód zakopany w śniegu.

Bonus: podczas tej samej wycieczki (ale już na wyspie Skye) na pustej drodze trafiliśmy na ogromny pożar traw i wypadek samochodowy – jednocześnie.

4. KABLE PŁYWAJĄCE W ULEWIE STULECIA

Kiedy utknęliśmy w knajpce w Salar de Uyuni i nie mogliśmy się z niej wydostać, żeby wrócić do hostelu, który był 100 metrów dalej. Przez ulice małego (i nawet bez ulewy dość brzydkiego) miasteczka zaczęła płynąć rwąca rzeka, w której  skrzypiało w agonii coś, co dawniej musiało być instalacją elektryczną.

W boliwijskim dzienniku zapisałam tak:

Na kolacji J. mówi, że coś zbyt gładko poszło to wszystko: podróż, hostel i cała reszta. Na te słowa za oknem restauracji jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozlega się przerażający grzmot i wysiada prąd. Nie możemy wyjść z baru i dotrzeć do hostelu, bo ulice zamieniają się w rwącą rzekę, na powierzchni której pływają i połyskują złowrogo kolorowe kable. Nie jesteśmy pewni, co to za kable, więc wolimy się z nimi bliżej nie zapoznawać. Po dwóch godzinach i błagalnych spojrzeniach jakiś mężczyzna podwozi nas do hostelu, który znajduje się 150 metrów dalej. Miejscowi są ulewą szczerze zdziwieni i zaczynają nam tłumaczyć, że nie było takiej burzy od wielu lat. My nie jesteśmy zdziwieni.

5. DROGA ŚMIERCI W BOLIWII 

Na początku uparcie ignorowaliśmy doniesienia o pijanych kierowcach i nagłówki gazet, z których straszyły rozbite autokary. Ale dwie podróże zgasiły szybko nasz optymizm: nocny PKS z Atacamy do Salar i ten z La Paz nad jezioro Titicaca. Druga trasa była śliczna: choć na początku autobus toczył się między niedokończonymi, odrapanymi budynkami w okolicach dworca w La Paz, później były Andy, pustynie, spacerujące wikunie i miasteczka na wzgórzach (to najwyżej położony kraj Ameryki Południowej). 

O tej małej pomyłce też pisałam w dzienniku boliwijskim:

Rezerwując nocny autobus z Atacamy do Salar de Uyuni jeszcze nie wiemy, że nocna jazda w kraju, gdzie pijani kierowcy to plaga, a każda okładka dziennika prezentuje piękne zdjęcia roztrzaskanego gdzieś w górach autokaru, może nie być najlepszym pomysłem w życiu. Jak się później okaże (o czym zresztą napiszę osobny post) mieliśmy w zapasie jeszcze sporo głupszych pomysłów. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.

Wsiadamy i instalujemy się z naszymi wielkimi tobołami na pięterku autokaru. Cieszymy się jazdą przez zaledwie kilka minut, bo resztę drogi zastanawiamy się gorączkowo, dlaczego kierowca chce nas zabić i czy nie bierzemy przypadkiem udziału w jakiejś ukrytej kamerze albo co najmniej szalonym wyścigu GTA. Jazda bez świateł, wyprzedzanie w zupełnej ciemności innych pojazdów (też bez świateł) – wyprzedzanie nie byle jakie, bo pod górkę, na zakręcie, mając dla urozmaicenia z jednej strony pojazdu przepaść na sporo metrów. Ale, ale! Oddychamy z ulgą – na szczęście jedzie z nami Jezus! W każdym boliwijskim autobusie bowiem można znaleźć opiekuna w postaci wizerunku Jezusa lub Maryi, koniecznie z fikuśną złotą sentencją mówiącą coś o ochronie kierowców. Podskakuję na siedzeniu i mam cichą nadzieję, że święci chronią też pijanych kierowców. Nasz kierowca czuje się o wiele bardziej swobodnie niż ja i dlatego pędzi, wyprzedza na wzniesieniu i uważa za zupełnie niepotrzebne zjeżdżanie na prawy pas po zakończeniu wyprzedzania.

6. PŁONĄCE MUZEUM

Kiedy ja w Polsce, z ekscytacją i biletem do Rio w ręce, planuję trasy zwiedzania brazylijskich muzeów, nie wiem jeszcze, że Muzeum Narodowe z drugiej strony świata właśnie płonie. Kilka miesięcy później zwiedzamy o jedno muzeum mniej.

7. FRANKENSTEIN BEZ PRĄDU

W lecie pojechaliśmy z J. do Ząbkowic, specjalnie po to, by zjeść lody w kawiarni Frankenstein, a kiedy parkowaliśmy samochód na rynku rozpętała się burza i wysiadł prąd w całym miasteczku. Wszyscy z okolicznych kamienic, knajp i sklepików wyszli na rynek dyskutować o tym, co się dzieje. Nie ma prądu = nie ma bankomatu = nie ma parkingu = nie ma lodów.

To stąd pochodzi znana historia o Frankensteinie – jedna z największych tajemnic Dolnego Śląska, którą zainspirowała się romantyczna pisarka, autorka powieści pod tym samym tytułem.

8. MERCADO DE LAS BRUJAS

To tak naprawdę nie była porażka, tylko potknięcie się o moje własne błędne oczekiwania i wyobrażenia turystki z zachodu, żeby wszystko było prawdziwe i autentyczne specjalnie dla mnie. W końcu to nic dziwnego, że ludzie chcą zarabiać pieniądze tam, gdzie pojawiają się turyści, zwłaszcza w kraju, który nie daje im wielu możliwości edukacyjnych ani zarobkowych. 

Boliwia to wyjątkowy kraj na mapie południowej Ameryki, a jednym z powodów są właśnie dawne wierzenia indiańskie, np. wciąż żywe i praktykowane tradycje składania ofiar Pachamamie (Matce Ziemi) przez Ajmarów w zamian za zdrowie, szczęście i dobrobyt. Są zatem na Targu Czarownic tandetne koszulki i turystyczny szajs, ale w ciemnych zakątkach tych sklepików można znaleźć wiele produktów związanych właśnie z tymi wierzeniami. Oprócz płodów lam (naturalne poronienia, nie aborcje!) w labiryncie splątanych, kolorowych uliczek można znaleźć amulety, mikstury, żaby i eliksiry o magicznych właściwościach. 

Źle oceniłam to miejsce i, jak wszystkie porażki, ta też mnie czegoś nauczyła – nie mieć oczekiwań wobec mieszkańców danego kraju, bo to ja jestem tam gościem.

9. TOSKAŃSKA ULEWA

Kiedy po pięknym i słonecznym tygodniu w Toskanii, na ostatni dzień zostawiłam sobie dolinę Val d’Orcia – prześliczne miejsce, które chyba każdy zna z klasycznych pocztówek. W planie był bajeczny zachód słońca, sesja dronem i inne fotograficzne atrakcje. Ostatni dzień wycieczki? Tak, zgadliście – ulewa roku. 

10. NAJGORSZA Z NAJPIĘKNIEJSZYCH, CZYLI PLAŻA W SALVADORZE

O tym, jak piękny i niebezpieczny jest Salvador, pisałam tutaj

Ponieważ miasto słynie z pięknych plaż, zorganizowaliśmy sobie wycieczkę na jedną z nich. Już sama droga nie zaczęła nie najlepiej – auto jadące obok nas zapaliło się i po chwili dosłownie stanęło w płomieniach na środku drogi (a nasz kierowca zatrzymał się, żeby „zobaczyć jak to się skończy”). Później nie było lepiej. Plany pokrzyżował nam nie tylko deszcz – kiedy wyszliśmy w końcu na plażę, dostaliśmy kilka groźnie brzmiących ostrzeżeń, żebyśmy lepiej szykowali odwrót, jeśli nie chcemy stracić telefonów, dokumentów i czego tam jeszcze (ja z wielkim Canonem, od którego ugina się kark, wyglądałam tak na turystkę, że bardziej się nie da). Wycieczka na plażę zakończyła się oglądaniem jej zza szyby Ubera.


Wszystkich, którzy mają na swoim koncie jakieś wesołe (i te mniej wesołe) pomyłki podróżnicze, mocno ściskam!

Może spodobać Ci się również

Brak Komentarzy

    Zostaw komentarz

    Close